
Toksyczny związek, czy utracona jedność? Czego „Nausicaä z Doliny Wiatru” uczy nas o przetrwaniu Ziemi
16 października 2026Jaki mit o grzybach psylocybinowych najczęściej słyszysz? Skąd się bierze i dlaczego tak wiele osób w niego wierzy?
Myślę, że jednym z największych mitów, które są nieustannie rozpowszechniane, jest przypisywanie poszczególnym odmianom Psilocybe cubensis konkretnego charakteru działania. Jedna ma rzekomo bardziej relaksować, druga skłaniać do filozoficznych przemyśleń, a trzecia zapewniać intensywniejsze doznania wizualne. Pewnie jak każdy przedsiębiorca z tej branży chciałbym, żeby to była prawda.
Problem w tym, że nie mamy wiarygodnych badań potwierdzających takie właściwości. Oczywiście poszczególne odmiany mogą znacząco różnić się mocą i składem chemicznym, ale to nie oznacza, że możemy na tej podstawie przewidzieć charakter doświadczenia. Co więcej, psychodeliki mogą zwiększać podatność na sugestię, a ogromne znaczenie dla przebiegu doświadczenia mają również tak zwane set and setting, czyli nasze nastawienie psychiczne, oczekiwania i otoczenie.
Wyobraźmy sobie więc sytuację, w której ktoś kupuje grzyby opisane jako wyjątkowo filozoficzne. Jeszcze zanim je spożyje, ma już w głowie pewne wyobrażenie tego, co go czeka. I może się okazać, że rzeczywiście spędzi wieczór na filozoficznych rozważaniach. Następnego dnia opowie znajomym, że ta konkretna odmiana działa właśnie w taki sposób. W ten sposób mit sam się napędza.Oczywiście sytuacja może wyglądać nieco inaczej, jeżeli ktoś spożyje jakąś absurdalnie dużą ilość grzybów. Wtedy nadal może oddawać się filozoficznym rozważaniom, ale niekoniecznie dotyczącym zagadnień, które planował poruszyć tego wieczoru. 😉 Myślę, że mit utrzymuje się tak długo, ponieważ świetnie sprawdza się w marketingu. Łatwiej sprzedawać ludziom obietnicę konkretnego doświadczenia niż przyznać, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.
Co najbardziej przyciąga dziś ludzi do tego tematu: ciekawość, poszukiwanie nowych doświadczeń czy nadzieja na zmianę własnego życia?
Myślę, że te motywacje zmieniają się wraz z wiekiem i doświadczeniem życiowym. U młodszych ludzi częściej dominuje ciekawość i chęć przeżycia czegoś nowego. Natomiast u osób po trzydziestce czy czterdziestce coraz częściej dostrzegam nadzieję na zmianę czegoś we własnym życiu. Sam przeszedłem przez wszystkie te etapy.
Początkowo grzyby psylocybinowe oraz psychodeliki interesowały mnie przede wszystkim ze względu na ich filozoficzną naturę. Fascynowała mnie możliwość doświadczania i poznawania świata z zupełnie innej perspektywy, czasami znacznie głębszej niż ta, do której miałem dostęp na co dzień. Z czasem moje motywacje się zmieniały. Ostatni raz miałem do czynienia z psylocybiną już w ramach własnej terapii. Oczywiście każdy człowiek ma swoją indywidualną historię i nie chciałbym sprowadzać tego do prostej zależności od wieku. To raczej pewien obraz, który wyłania mi się z własnych doświadczeń i setek rozmów z ludźmi zainteresowanymi psychodelikami.
Wyróżniłbym jednak jeszcze jedną motywację, która moim zdaniem zasługuje na osobną kategorię, czyli optymalizację. Mam tu na myśli przede wszystkim osoby zainteresowane mikrodawkowaniem, czyli microdosingiem. Ci ludzie nie szukają doświadczenia psychodelicznego w klasycznym rozumieniu. Ich celem jest raczej poprawa codziennego funkcjonowania, koncentracji, kreatywności czy samopoczucia. To interesująca grupa, ponieważ mówimy o tej samej substancji, ale zupełnie innych oczekiwaniach. Ktoś chce dzięki niej spojrzeć na swoje życie z nowej perspektywy, a ktoś inny po prostu liczy na to, że będzie mu się lepiej pracowało w poniedziałek rano.
Internet obiecuje „odkrycie siebie” i „nowy wymiar świadomości”. Gdzie kończy się opis osobistego doświadczenia, a zaczyna marketing, który obiecuje za dużo?
Myślę, że żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw przyjrzeć się temu, czego ludzie właściwie oczekują od psychodelików i co robią, żeby te oczekiwania zrealizować. Bo mam wrażenie, że jest tu sporo pomieszania. Osobiście jestem człowiekiem, który wykonuje plan. Jeśli ktoś mi powie, że aby osiągnąć cel X, muszę codziennie o dziewiątej rano zjeść trzy liście sałaty, to będę jadł te trzy liście sałaty. Codziennie, punkt dziewiąta. A jeśli w międzyczasie zmienię strefę czasową, to wcześniej pieczołowicie obliczę właściwą godzinę i zabezpieczę odpowiednią ilość sałaty. 🙂
Jeśli więc istnieje metoda, która rzeczywiście działa, a jej skuteczność zależy od przestrzegania pewnych zasad, to zrobię wszystko, żeby te zasady spełnić. Tymczasem ludzie często lubią modyfikować liczbę liści, godzinę ich spożywania i całą resztę, a na koniec mówią: „Hej, miałem być zdrowy, a nie jestem! Ta terapia sałatą jest beznadziejna!”. I podobny problem dostrzegam w podejściu do psychodelików. Jeśli ktoś rzeczywiście chce odkrywać siebie, zagłębiać się we własną świadomość czy przepracować określone problemy, to warto najpierw zainteresować się tym, jak stworzyć warunki sprzyjające takiemu doświadczeniu. Znaczenie mają przygotowanie, nastawienie, otoczenie, a także to, co zrobimy z doświadczeniem później.
W przeciwnym razie możemy skończyć jak pewien człowiek, który spontanicznie, w zwykłe wtorkowe popołudnie, zjadł jakąś absurdalną ilość grzybów. Następnie przez dwie czy trzy godziny leżał bez ruchu, po czym oznajmił swojej żonie że chce rozwodu. Rozwodu ostatecznie nie wziął. Czy zajrzał w głąb siebie? Śmiem twierdzić, że być może nawet za głęboko. Ale czy był na to przygotowany? Czy w ogóle taki był jego cel? Zdecydowanie nie. A czy to samo doświadczenie, w innych okolicznościach i przy odpowiednim przygotowaniu, mogłoby wnieść do jego życia coś wartościowego? Być może. Nie sposób tego wiedzieć.
I tutaj wracamy do marketingu. Uważam, że granica zostaje przekroczona w momencie, w którym czyjeś indywidualne doświadczenie zaczyna być przedstawiane jako obietnica dla innych. Można powiedzieć: „Psychodeliki pomogły mi spojrzeć na własne życie z zupełnie innej perspektywy”. Nie można jednak uczciwie obiecywać komuś, że dokładnie to samo wydarzy się w jego przypadku. Nawet jeśli zjemy wszystkie trzy liście sałaty o właściwej godzinie, to w tym wypadku nie mamy gwarancji, że osiągniemy zamierzony efekt. Choć z całą pewnością może to być o wiele bardziej realne. Możemy też osiągnąć całkiem inny efekt, który będzie równie ważny albo wręcz żaden. Psychodeliki nie działają według scenariusza, który można sobie wcześniej rozpisać. Podobnie jak terapia. I właśnie dlatego wolę mówić o możliwościach, a nie obietnicach. Bo między jednym a drugim jest zasadnicza różnica.
O microdosingu mówi się w kontekście kreatywności, koncentracji i samopoczucia. Jak podchodzisz do tych obietnic?
Z badaniami nad mikrodawkowaniem jest na razie trochę zamieszania. Niektóre sugerują, że może sprzyjać bardziej oryginalnym pomysłom. Ale z poprawą koncentracji czy samopoczucia nie jest już tak kolorowo. Do tego dochodzi efekt placebo, bo nasze oczekiwania też potrafią zrobić swoje. Krótko mówiąc, temat jest ciekawy, ale wciąż nie wiemy do końca, co rzeczywiście daje mikrodawkowanie, a co jedynie nam się wydaje. Tyle mówi nauka. Ja natomiast mogę opowiedzieć o własnych doświadczeniach. Przypomina mi się, jak kiedyś pewna osoba będąca w trakcie mikrodawkowania powiedziała do mnie: „Wiesz co, od rana jestem strasznie wkurwiona. Ale teraz, po tym microdosingu, wreszcie zrozumiałam dlaczego”. I myślę, że jest w tym coś, co bardzo dobrze oddaje moje własne doświadczenia. To takie łączenie kropek w logiczny ciąg, bez całej tej mgły, która na co dzień potrafi nam przesłaniać rzeczywistość. Sam podczas mikrodawkowania jak najbardziej miałem poczucie większej kreatywności. Tylko moim zdaniem trzeba jasno powiedzieć jedną rzecz: ta kreatywność zawsze tam była. Nie pojawiła się nagle za sprawą substancji. Po prostu mogłem z niej świadomie korzystać, bez tego wszystkiego, co w tamtym okresie było dla mnie jak kamień leżący na głowie.
Spróbuję to zobrazować na bardzo prostym przykładzie. Na stole leży kartka papieru. Chcę przeciąć ją na pół, więc potrzebuję nożyczek. Idę do kuchni, szukam ich, ale nie mogę znaleźć. Zaczynam się trochę irytować. Przecież to nożyczki kuchenne, muszą gdzieś tutaj być. Nie wyniosłem ich z domu. Może ktoś je przełożył? A może ostatnio czegoś nimi używałem? Czekaj, co ja właściwie ostatnio ciąłem? Zaczynam przeszukiwać kolejne szuflady, czas leci, irytacja rośnie, a sama kartka i pierwotny cel całego przedsięwzięcia schodzą na dalszy plan. Teraz najważniejsze jest znalezienie tych cholernych nożyczek. A teraz ten sam scenariusz w moim doświadczeniu z mikrodawkowaniem.Na stole leży kartka. Chcę przeciąć ją na pół. Potrzebuję nożyczek. Nie ma ich? Okej. Złożę kartkę na pół, docisnę zagięcie do stołu i po prostu ją przerwę. Koniec. Cel osiągnięty. Pełna optymalizacja 🙂
W obu przypadkach miałem dokładnie ten sam problem i te same możliwości jego rozwiązania. Różnica polegała na tym, że w drugim przypadku nie pozwoliłem, żeby problem ze znalezieniem narzędzia całkowicie przesłonił mi pierwotny cel. I dla mnie osobiście to właśnie jest esencja mikrodawkowania. Nie jakieś magiczne zwiększenie inteligencji czy kreatywności, ale możliwość swobodniejszego korzystania z tego, co już mamy. Mniej niepotrzebnych rozważań, mniej irytacji, mniej wikłania się w problemy, których rozwiązanie nie ma żadnego znaczenia dla osiągnięcia celu. Oczywiście to moje subiektywne doświadczenie, a nie naukowo potwierdzony mechanizm działania psylocybiny. Nie wiem też, czy ktoś inny doświadczyłby tego samego. Ale właśnie tak wyglądało to w moim przypadku.
Jakie mity o hodowli grzybów najczęściej rozmijają się z rzeczywistością? Czy media społecznościowe przedstawiają ją jako zajęcie prostsze i bardziej przewidywalne, niż jest naprawdę?
To zależy od tego, co chcemy zrobić i jaką techniką. Jeśli chcemy sami zaczynać od podstaw, kupić szybkowar, wszystko sterylizować, samodzielnie szczepić, to ryzyko porażki, szczególnie na początku, jest naprawdę duże. Doskonale pamiętam, jak raz po raz wyrzucałem wszystko na śmietnik. Cały dom śmierdział kukurydzą i stęchlizną, a pod moim łóżkiem leżał worek z ziarnem kupiony na pobliskim targu. Wyrzucałem kolejne spleśniałe słoiki, po czym wchodziłem do internetu, a tam zdjęcie kilograma gigantycznych grzybów z podpisem „MY FIRST TRY”.
Serio? YOUR FIRST TRY? Mój try był chyba dwudziesty w tym tygodniu, a jeśli miałem szczęście, to przetrwał jeden słoik z ziarnem, z którego i tak nie wiadomo było, czy cokolwiek wyjdzie. Z czasem zrozumiałem, że albo trafiałem na wyjątkowych szczęściarzy, albo był to ich pierwszy successful try, a nie pierwszy try overall. I myślę, że właśnie taką rzeczywistość często pokazują media społecznościowe. Widzimy spektakularne sukcesy, ale nie widzimy tych wszystkich spleśniałych słoików, nieudanych eksperymentów i godzin spędzonych na zastanawianiu się, co tym razem poszło nie tak.
Krótko mówiąc samodzielna hodowla od podstaw to faktycznie zajęcie dla wytrwałych. I chociaż niekoniecznie lubię przemycać marketing do takich rozmów, tutaj muszę powiedzieć to wprost: właśnie dlatego stworzyłem tę firmę. Chciałem, żeby Wasze mieszkania mogły zachować swój naturalny zapach i wilgotność, a Wasze nerwy nie musiały być nieustannie hartowane kolejnymi porażkami i loterią, czy tym razem coś w ogóle wyrośnie. Ja przeszedłem tę drogę właśnie po to, żebyście Wy nie musieli. O tym jest cała idea mojej marki. O bezobsługowych growkitach, które nie wymagają od człowieka zostania domowym mikrobiologiem. Po prostu stawiasz i obserwujesz. A pleśń możesz wspominać co najwyżej w kontekście tej kanapki, którą we wrześniu wyciągnąłeś z plecaka. 😉 I to jest moja realna obietnica. Po wyprodukowaniu dziesiątek tysięcy egzemplarzy mogę to powiedzieć i się pod tym podpisać.
Gdybyś mógł mienić jedną rzecz w publicznej rozmowie o grzybach psylocybinowych, co by to było? O czym mówi się za dużo, a jaki temat wciąż pozostaje przemilczany?
Zdecydowanie za dużo mówi się o bad tripach. A właściwie za dużo się nimi straszy, a za mało tłumaczy, czym one naprawdę są i skąd się biorą. Co ciekawe, kiedy zaczynamy dokładniej przyglądać się historiom ludzi, którzy takich doświadczeń doznali, często okazuje się, że zamiast trzech liści sałaty o dziewiątej rano zjedli ich pięćdziesiąt o 13:13. A później wielkie zdziwienie, że coś poszło nie tak. 😉
Oczywiście nie twierdzę, że każde trudne doświadczenie jest wynikiem nieodpowiedzialności. Psychodeliki bywają nieprzewidywalne, nawet jeśli człowiek dobrze się przygotuje. Natomiast mam wrażenie, że ludzie bardzo często mylą bad trip z po prostu trudnym doświadczeniem psychodelicznym. A przecież to nie jest to samo. Czasami konfrontujemy się z czymś, czego wcale nie chcieliśmy zobaczyć. Z własnymi lękami, problemami czy emocjami, które od dawna odsuwaliśmy na bok. Takie doświadczenie może być niezwykle nieprzyjemne, ale jednocześnie wnieść do naszego życia naprawdę dużo. Oczywiście może też nie wnieść niczego, a nawet pozostawić po sobie trudne konsekwencje. Nie każde cierpienie jest przecież automatycznie rozwojem.
I właśnie tego rozróżnienia bardzo brakuje mi w publicznej dyskusji. Reasumując, za dużo mówi się o bad tripach w kontekście straszenia ludzi, a za mało uczy się ich, jak naprawdę działają grzyby psylocybinowe. Jak ogromne znaczenie mają dawka, nastawienie, otoczenie i przygotowanie. Czego możemy się spodziewać, a czego absolutnie nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
Nie chodzi mi o bagatelizowanie zagrożeń. Wręcz przeciwnie. Uważam, że rzetelna edukacja jest znacznie bardziej wartościowa niż kolejna sensacyjna historia o człowieku, który zjadł grzyby i przeżył najgorszy wieczór swojego życia. Bo grzyby nie potrzebują ani demonizowania, ani przypisywania im magicznych właściwości. Są wystarczająco fascynujące takie, jakie są.
Wywiadu udzielił Mykożerca
Twórca sklepu internetowego mykozerca.pl – w swojej pracy stawia na synergię doświadczenia i specjalistycznej wiedzy z dbałością o najwyższą jakość i bezkompromisowe standardy. Poznaj historię Mykożercy!
Przeczytaj także:
- Odpal NETFLIX, by zobaczyć „Jak zmienić swój umysł” i jak działa psylocybina
- Psylocybinowe bajki i legendy, czyli “grzybki halucynki” w polskiej kulturze ludowej
- Odkryj growkity psylocybinowe




